WOJCIECH PIETRASZ / KOŁTUN POLSKI

Wystawy

wernisaż: 16 stycznia 2026 (piątek) godz. 19.00

kuratorzy: Przemysław Kasztelewicz, Stefania Olbrycht

Wojciech Engelking

W Polsce nie umiera się bezkarnie

1.

Odbywa się to tak: wpierw enzymy komórkowe zaczynają trawić własne błony. Potem mieszkające w jelitach bakterie rozkładają białka i cukry, a potem z człowieka (a przynajmniej z czegoś, co niedawno było człowiekiem) naraz znika kilka kilogramów - po pierwsze wody, a po drugie gazów. Jeżeli ciało zostało pochowane, zagnieżdżają się w nim larwy, czekające, by pożywić się mięśniami. Mija tydzień, a trup już waży o połowę mniej, niż w chwili zgonu; mijają dwa tygodnie, a jest to prawie osiemdziesiąt procent, zaś tkanki wiotczeją i zapadają się, pozbawione mięśni, które mogłyby ze sobą łączyć. Po roku, na skutek działalności dżdżownic i wszystkiego innego, co znajduje się w glebie, przede wszystkim wody - gdy rzecz ma miejsce na terenach podmokłych, wystarczy na to kilka miesięcy - człowiek to jedna dziesiąta tego, czym był za życia, czyli sam szkielet. Miną cztery dekady, a w tym ostatnim zanikną kości długie; minie sześć, a kolejne przemienią się w kredowy proszek. Oczywiście - nie wszystkie: jednak anatomiczna struktura, która kiedyś nosiła na sobie mięśnie, zakładając je na siebie tak, jak człowiek żywy wdziewa ubranie, będzie nie do rozpoznania. Coś z człowieka zostanie, jednak to coś będzie bardzo niewielkie, będzie ułamkiem tego, z czego się wzięło. Gdy umieramy, robi się nas mniej.

Są jednak od tej zasady wyjątki. Gdy się bowiem umiera w Polsce jako człowiek istotny dla narodowej wspólnoty, przez dekady i stulecia, jakie upłyną od ludzkiej śmierci, zamiast nicować się, trup tyje: obrasta w kolejne warstwy podobnych do błota mięśni, tkanek, tłuszczów. Te ostatnie to rozliczne interpretacje tego, kim za życia był i co sądził na temat ojczyzny; cóż dla niej zrobił i jakie przyświecały mu w tym cele. Za sprawą owych interpretacji i wszelkich innych posłużeń się trupem w dyskursie, nawet zwykłego przywoływania jego nazwiska - to ostatnie brzmi zaś: Kościuszko, brzmi: Słowacki, brzmi: Wyspiański - obrośnięta warstwami nowych znaczeń twarz trupa coraz mniej przypomina samą siebie. Można, owszem, rozpoznać, kto był - jest? - jej właścicielem, wszakże tylko na podstawie jej ogólnego kształtu, może też obrysu oczu, które kolejnych powłok na siebie nie zakładają, oraz warstw najstarszego ciała, jakie je otaczają i czerwienią się, pozbawione powietrza. To jednak wszystko. Jeśli się w Polsce umiera, będąc dla wspólnoty istotnym - nie umiera się bezkarnie. Wspólnota nie pozwoli się człowiekowi spokojnie rozłożyć.

O tym są obrazy Wojciecha Pietrasza.

2.

To znany motyw - w ostatnich dekadach spopularyzowany przez popkulturę, ale przecież nie z niej się biorący, lecz o wiele starszy i wynikający z przekonania, że my, którzy wciąż żyjemy, akurat władając globem, robimy to tylko na chwilę, a potem ktoś nas z naszego królowania rozliczy. Kto? Rzecz jasna: ci, którzy byli jego władcami wcześniej, ale zostali już pogrzebani. XIX-wieczny rosyjski filozof Nikołaj Fiodorow twierdził nawet, że wspólnym czynem całej ludzkości winno być doprowadzenie do ich wskrzeszenia - gdy zaś sceptycy, którzy nie zdołali przekonać Fiodorowa argumentem, iż to niespecjalnie możliwe, podnosili, że żywi i zmartwychwstali się na ziemi nie pomieszczą, odpowiadał, iż należy w takim razie skolonizować inne planety. Umarli może i umarli - uznają ci, dla których ten motyw jest ważny - jednak: nie wszystek umarli. Wiecznie czujemy na plecach ich cuchnący, trupi oddech, którego fetor tym jest gorszy, im bardziej martwi są z nas niezadowoleni.

Takie przedstawienie kwestii łącznika między światem żywych a kosmosem umarłych jest radykalne; a jednak pozostaje obrazom Pietrasza o wiele bliższe niż inne, polskie jego wydanie, zaprezentowane przez Marię Janion w esejach zgromadzonych w tomie Do Europy - tak, ale z naszymi umarłymi. Umarłym, twierdzi w nich Janion (o martwych w kontekście ich dzieł, co ciekawe, pisze się nieodmiennie w czasie teraźniejszym, niezależnie od tego, kiedy je sporządzili; w przypadku badaczki był to początek naszego stulecia, jeszcze przed wejściem Polski do Unii Europejskiej), należy się praca żałoby i odpowiednie opłakanie. Inaczej, powiada Janion, wstępując w kulturowy obszar Zachodu, Polacy stracą zdolność do świadomego bycia sobą. Zmarli, owszem, muszą zostać zdjęci z piedestału, ich trupy muszą zostać prześwietlone przy użyciu rentgenowskiego promieniowania, które nieznane było, kiedy jeszcze żyli - pojęć, w jakie humanistyka i nauki społeczne od tego czasu obrosły - ale to wszystko po to, by energia, jaka w pamięci o zmarłych tkwi, mogła nam służyć.

Na pierwszy rzut oka wyobraźnia, jaką portretuje w swych obrazach Pietrasz - twierdzę bowiem, że przedstawia on przede wszystkim pewien sposób myślenia, a kolejne jego obrazy, instalacje, ceramiki to po prostu okna, przez które można do tego sposobu zajrzeć; nie wyczerpują go one, a jednocześnie sens tego sposobu myślenia widać w nich jak w kalejdoskopie - to właśnie ta, o której pisze Janion. Biorąc Kościuszkę, Słowackiego, Wyspiańskiego albo leżących w stogach siana dziadków malarza, człowiek współczesny ich wszak używa; dobudowując do ich gęb kolejne warstwy (w obrazach Pietrasza ukazane przez zaschnięte grudy wielokolorowej farby), robi to, bo są mu potrzebni do aktualnie toczonych bojów. To jednak tylko pierwsze wrażenie. W istocie bowiem to nie człowiek, który używa tego czy innego wybitnego Polaka, przeinaczając jego słowa i czyny, traktuje go jak instrument; przeciwnie. To wybitny trup dlatego może mieć otwarte oczy, że żywi dokładają do jego twarzy kolejne warstwy farby. Taki trup jest, zgodnie z przykazaniem Stanisława Brzozowskiego z Legendy Młodej Polski, wampirem: polską tradycją, która, zamiast organizować nowoczesny wysiłek społeczny, czerpie siły z mocy kolejnych pokoleń. One, biorąc na usta Kościuszkę i Słowackiego i kłamiąc na temat tego, co i na jaki temat oni twierdzili, nie są bowiem w stanie wymyślić niczego od trupa lepszego, niczego, co by było tylko ich, ich własne. W tym sensie wyobraźnia sportretowana przez Pietrasza nie jest polskim myśleniem o przeszłości, ale polskim myśleniem o polskim tu i o polskim teraz.

3.

Bliski Fiodorowowi, bliski Brzozowskiemu i przeciwny Janion, Pietrasz ma jeszcze jednego sojusznika: Jarosława Marka Rymkiewicza. Ten w Samuelu Zborowskim opisywał Polaków jako naród, którego istota jest z zasady aspołeczna - dlaczego? Bo, powiada Rymkiewicz, życie społeczne oznacza dla Polaka umieranie. Człowiek polski wtedy może być w pełni sobą, gdy jest oddzielony od swoich współziomków. Naprawdę żyje, gdy rośnie w dumę i pozostaje niezależny, albo: kiedy mierzy się z innym indywiduum oddzielonym od społeczeństwa, podejmując walkę na śmierć i życie. Gdy jednak do wspólnoty trafia, w istocie oznacza to jego śmierć. Polskość go tłamsi, zabija jego indywidualność, jego słuszną dumę, która pcha Polaka do wielkich czynów. W tym sensie, powiada Rymkiewicz, nie można sobie wyobrazić polskiego bytu narodowego, który nie byłby ciągłym umieraniem. Kiedy rozprawiam z bliźnimi o sprawach mej wspólnoty, kiedy idę na wybory i staję przy urnie - wtedy zdycham. Nie ma jakościowej różnicy między podobnym czynem i agonią.

Przeczytane przez pryzmat uwag Rymkiewicza, obrazy Pietrasza są nie tylko obrazami Pietrasza, ale obrazami, których twórcami są Polacy jako tacy. Nieprzypadkowo przecież malarz bierze na warsztat znane wizerunki rozmaitych wybitności, które się w Polsce - mniej lub bardziej - nie mieściły i dużą część życia spędziły poza nią, często zgłaszając akces do innych narodowości (tworzący w Stambule w czasie wojny krymskiej Legion Żydowski Litwin Adam Mickiewicz niech będzie najdobitniejszym przykładem). Gdy wreszcie umarli, Polska ich schwyciła. Przestali podówczas być wielkimi indywiduami, lecz stali się polską, publiczną własnością; wreszcie ich przemożna siła, która umożliwiała im bycie w pierwszej kolejności Mickiewiczem, a dopiero w drugiej Polakiem, przegrała z wielką siłą narodu!… Przestali być sobą, a stali się własnymi wizerunkami, do znudzenia i w kiepskiej jakości reprodukowanymi w podręcznikach do historii dla szkoły podstawowej.

Polska wszakże schwyciła ich po coś, mając w tym interes. Jaki? Taki, jak opisany wyżej: aby, niejako na siłę, stworzyć sobie tradycję, która będzie ją pętała, i której nie będzie musiała po janionowemu przepracowywać, ale w którą, jak trup w świeżą ziemię, będzie mogła paść i za życia się w niej rozłożyć, żyjąc nie teraźniejszością, ale sprowadzonymi do awatara - nie prawdziwym Mickiewiczem, lecz tylko wizerunkiem Mickiewicza - przewagami. Na obrazach swych Pietrasz jako polska zbiorowość, nie siląc się na wymyślenie wizerunku innego, z którego spojrzeć by można na Mickiewicza i Kościuszkę pod odmiennym kątem, pokazuje, jaka jest tego cena. Awatar, by nim żyć, można stworzyć, ale będzie on się żywił nami, obrastając po śmierci w tłuszcz i mięso i w kwiatki, jak jest to w wizerunku Panny Młodej z Wesela. Nie ma w wizerunkach tych najmniejszej prawdy, ta bowiem jest z zasady indywidualna, obrazy Pietrasza-Polaków z kolei pozostają zbiorowe.

4.

To nieprawda, że ludzkie włosy (podobnie jak paznokcie) po śmierci rosną, jakby nikt im nie przekazał informacji, iż już nie muszą tego robić, bo w glebie brakuje fryzjerów, którym by mogły dawać utrzymanie. Zwyczajnie wydają się dłuższe, ponieważ w chwili zgonu ustaje krążenie, następnie zaś tkanki tracą wodę i ściągają się. Zauważalne jest to zwłaszcza w przypadku tych, których właściciele za życia preferowali krótkie czupryny; im więcej we włosach centymetrów, tym trudniej rzecz spostrzec, a najtrudniej byłoby pewnie w wypadku plica polonica - polskiego kołtuna, odwołujący się do którego tytuł nosi wystawa Pietrasza. Prócz samego kołtuna, podanego na porcelanowym półmisku, widz ujrzy na niej wyobraźnię, która kołtun wymyśliła, tworząc z historii smycz, na której trup trzyma żywego.

Skąd się wziął kołtun? Z jednej strony: z ludowej polskiej wyobraźni, w ramach której choroba trawiąca ludzkie ciało nie była chorobą po prostu, ale osobnym, obdarzonym ontologiczną niezależnością bytem, który z ciała można było wyprowadzić drogą kołtuna właśnie. Z drugiej strony: z zachodniej potrzeby uporządkowania sobie tego dziwnego miejsca na mapie Europy, jakim są ziemie rozciągające się za Odrą. To XVIII-wieczni francuscy i brytyjscy podróżnicy, czyniąc z kołtuna symbol polskiego zacofania - „dowodzi gnuśności i niechlujstwa Polaków”, pisał jeden z nich - Europę Wschodnią wymyślili; nadali jej to imię, traktowane pejoratywnie. Polscy postępowcy, argumentujący, iż kołtun to siedlisko grzybicy i innych chorób, prędko ich krytykę podchwycili, już w XIX w. rzucając gromy na zacofaną polską przeszłość. Jednocześnie, ci rzucający gromy - bez kołtuna przecież nie istnieli. Mogli być rzucającymi gromy, mogli być postępowcami, ale tylko dlatego, że w polskiej tradycji znaleźli to, co nadawało się do krytyki. Również nie postanowili dokonać przepracowania; zamiast niego - użyli historii, jak im się podobało.

A jak się u Pietrasza historię przepracowuje? Być może najlepszą na to odpowiedzią jest półmisek, na dnie którego namalował on Wyspiańskiego i jego żonę, a potem wizerunek ten pokrył warstwą półprzezroczystej, czerwonej farby, która z jednej strony go zasłania, z drugiej czyni dno więcej aniżeli widocznym. Da się ujrzeć, że autor Wesela i jego żona to żywe trupy, że ich twarze stężały od tego, ile pokoleń po nich ich do własnych celów używało. (Zresztą - w manierze, którą Wyspiański by świetnie zrozumiał; w końcu, w usta Konrada w Wyzwoleniu włożył krytykę przywdziewania narodowych strojów „jakby Polski nie było, Polaków nie było, jakby ziemi nawet nie było polskiej i tylko trzeba było wszystko pokazywać, bo wszystkiego zostało na pokaz po trochu”). Dopóki zupa przywodząca na myśl czerninę nie zostanie zjedzona, Wyspiański i jego żona będą żywymi trupami, których Polacy sami dla siebie stworzyli i utrzymali przy nie-życiu. Jednak - kiedy się ją wypije, może dodatkowe warstwy mięśni i tłuszczu z ich twarzy odpadną, rozpuszczą się. Trup-Wyspiański faktycznie będzie mógł w spokoju umrzeć, a wspólnota się przez to uzdrowi.

Wojciech Pietrasz (ur. w 1973 r. w Rzeszowie) jest absolwentem Wydziału Malarstwa krakowskiej ASP. Dyplom z wyróżnieniem uzyskał w 1998 r w pracowni prof. Adama Wsiołkowskiego. Zajmuje się malarstwem, rysunkiem i fotografią. Mieszka i pracuje w Krakowie. Jest związany z nieformalnymi grupami malarzy: „Neoromantycy” oraz „Projekt o Nieznanym Tytule”. Pochodzi z Niebylca i ta właśnie nazwa dobrze określa jego twórczość, pełną niedopowiedzeń, zawieszoną w czasie i nieoczywistą.

Wystawy indywidualne:

TAŃCZ! ( Galeria Sektor I, Jaworzno, 2024)

I will live and die. Don't ask me why. (BWA Kosno, 2024)

Wojciech Pietrasz & Jan Matejko. Zombie Figuracje. (Zamek Królewski w Warszawie, 2023

Niebylec (Fundacja 2 wymiary, Pragaleria, Warszawa, 2019)

Niebylec (BWA Sanok, 2019)

Ogień (Centrum Sztuki Współczesnej Solvay, Kraków 2019)

Cię nad życie (Centrum Sztuki Współczesnej Solvay, Kraków 2017)

Czasami chciałbym Cię udusić (Galeria Łącznik, Kraków 2012)

Wybrane wystawy zbiorowe:

Refuges Welcome. Artystki i artyści na rzecz uchodźczyń i uchodźców ( MNS Warszawa, 2023)

Im dalej w las. Neoromantycy wobec natury (Fundacja 2 wymiary, BWA Sanok, 2017)

AAF Maastricht (Gallery Second Eye 2014)

Przewiń do góry
Piękna Gallery
Zaawansowane ustawienia cookies

W naszym serwisie używamy plików cookies (tzw. ciasteczek), które zapisują się w przeglądarce internetowej Twojego urządzenia.
Dzięki nim zapewniamy prawidłowe działanie strony internetowej, a także możemy lepiej dostosować ją do preferencji użytkowników. Pliki cookies umożliwiają nam analizę zachowania użytkowników na stronie, a także pozwalają na odpowiednie dopasowanie treści reklamowych, również przy współpracy z wybranymi partnerami. Możesz zarządzać plikami cookies, przechodząc do Ustawień. Informujemy, że zgodę można wycofać w dowolnym momencie. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Cookies.